Czyż to nie ciekawe, że wydaje nam się, że bardzo wyraźnie widzimy to, co chcielibyśmy osiągnąć, a często zupełnie jesteśmy ślepi na to, co już mamy. I pewnie dlatego nie osiągamy tego co – jeśli można tak powiedzieć – jest nasze. Tylko: musimy po to sięgnąć.
Kiedyś miałem okazję pracować coachingowo z człowiekiem, który czuł, że musi dokonać zmiany, nawet wiedział mniej więcej, co chce osiągnąć, ale zupełnie nie wierzył w siebie. Pierwsze sesje spędziliśmy w sumie na przyglądaniu się sobie. Ja widziałem w nimi zupełnie kogoś innego niż on sam.
Oczywiście zawsze można w takich okolicznościach przywołać mnóstwo psychologicznych mechanizmów i zależności, dlaczego tak jest. Ale co by to dało? On chciał wykonać skok na głęboką wodę, ale zwyczajnie bał się, że nie da rady. Trochę taka sytuacja, jakby stał na krawędzi trampoliny, wiedział, że musi skoczyć, ale nie wierzył, że… no właśnie, że co? Wiadomo, że taki stan nie może trwać długo, bo prędzej czy później takiemu skoczkowi-amatorowi zaczną trząść się nogi i spadnie tak czy owak. To może i nawet wzbudzi większe zainteresowanie, ale zdecydowanie mniejszy aplauz. O satysfakcji spadającego już nie wspomnę. Jak takiemu gościowi pomóc?
Zastanawiałem się nad tym długo – dlaczego on ma inny obraz siebie. Jako, że czasu nie ma aż tak wiele, więc pozwalam sobie nawet na takie ekstrawaganckie przeciążenia intelektualne, że myślę również przy goleniu. I tu właśnie odkryłem, że moje lustrzane odbicie, które widzę, nie jest tym samym obrazem jaki widzą inni ludzie. I dokładnie tak samo jest z każdym z nas. My przyglądamy się w lustrze naszych doświadczeń, zranień, niepowodzeń, lęków i co tam jeszcze. A żeby dostrzec siebie takim, jakim widzą nas inni, jakim jesteśmy dla innych naprawdę, potrzeba nam fotografa czy malarza (tu może zalecałbym ostrożność, aby nie trafić na uczniów Picassa), który stworzy nam w miarę wierny nasz portret i pokaże jacy jesteśmy.
W ten sposób zabrałem się do fotografowania.
Troszeczkę spoilerując powiem, że mój coachee jest dziś uznanym prezesem uznanej firmy, ma wspaniałą żonę i gromadkę szczęśliwych dzieci. A spotkaliśmy się pierwszy raz, gdy siedział za biurkiem w jakiejś co prawda dużej firmie, ale mimo stanowiska rzekomo kierowniczego, nie miał kompletnie przekonania, że ma na cokolwiek wpływ, a już najmniejszy na własną drogę. Dlatego wspomniałem o żonie i dzieciach, bo również oni cierpieli jego cierpieniem. Relacja z żoną była trudna, a dzieci, które kwilą głośno, gdy orzeł z pustym dziobem i posklejanymi skrzydłami wraca do gniazda, raczej nie pomagają.
Jak to się stało? Najpierw musiał zobaczyć swój portret. Było trochę zdziwienia, jak zawsze, ale dał się przekonać, że ma więcej mocnych stron niż mniemał. Trochę przywiązań do słabości też wyszło, ale dzięki temu można było pokusić się o „rozklejanie skrzydeł” (nie bez ofiar: niektóre piórka, w które obrósł trzeba było wyrwać …).

Potem oczywiście następuje ten trudny moment, gdy mówisz „leć”, „you can” czy jak tam kto woli. Na filmach lub sponsorowanych prezentacjach zawsze wychodzi, a w życiu za pierwszym podejściem prawie nigdy. Jeśli mamy sytuację zbliżoną do nauki chodzenia, to oczywiście zawsze możemy zastosować zasadę „pierwszego kroku”. Banał. Ale, gdy chodzi o skok na głęboką wodę? Powiedzenie spadnij o pięterko niżej, raczej nie brzmi wiarygodnie. Choć faktycznie, gdy spadnie choćby o metr, to mamy wręcz pewność, że cel osiągnie. Z tym, że musimy go na starcie przygotować na całą tę podróż: lot, zderzenie z wodą, zanurzenie, wynurzenie itd.
Cały ten schemat dajemy mu więc opracować od początku do końca:
1 – Prawdziwe (a nie lustrzane) mocne i słabe strony
Tu jest czas na eliminowanie balastu i wszelkich osłabiaczy, a eksponowanie tego, co wspiera czy wręcz definiuje.
2 – Określenie celu
Stwierdzenie, że coś muszę zmienić jest dobrym początkiem, ale to tylko taki wyrzut sumienia. Nie można na pewno tego ani zignorować, ale trwać w tym stanie, ani impulsywnie działać. Hasło: „coś muszę zmienić” jest doskonałym paliwem, ale jeśli wciśniemy gaz „do dechy” i zaczniemy kręcić się w kółko, szybko je bezproduktywnie spalimy. Jeśli nic z tym „wyrzutem” nie zrobimy, to za jakiś czas przerodzi się w frustrację, a to już paliwo atomowe, raczej o negatywnym ładunku.
Cel dużo łatwiej określić, gdy dobrze wypełniliśmy punkt pierwszy i jeszcze do tego zajrzymy do swojego serca, pragnień i jeszcze skonfrontujemy to z innymi naszymi potrzebami. W przywołanym przeze mnie przypadku, chęć zmiany zawodowej wspierała i była wspierana przez potrzeby życia rodzinnego i osobiste ambicje. I to bardzo dobry układ. Nie zawsze tak jest. Jeśli nasza potrzeba zmiany stoi w kolizji z pozostałymi potrzebami lub choćby nie idzie z nimi w parze, to jest potrzeba dalszej pracy. To dość oczywiste, że w życiu każde działanie napotyka na opór, choćby był to tylko tak lekki opór jak powietrza. I warto też pamiętać (a to nie jest wcale oczywistością), że wszystko ma swoją cenę.
3 – Cel osiągamy planowo
To jest kluczowa kwestia – PLAN. Bez tego próby osiągania celu przeważnie przypominają przebieganie przez ruchliwą ulicę w godzinach szczytu. Niektórym się udaje, ale…to nie jest dobry przykład. My jednak znamy już swoje możliwości i możemy dobrze rozłożyć siły. Ważne abyśmy nie pozostali na fazie planów i projektowania. Kto kiedykolwiek budował dom wie, że każde pozwolenie na budowę ma swój okres ważności. Taki plan trzeba więc skonstruować (najlepiej zapisać) i zaraz wdrażać. I to kolejny ważny etap – KONSEKWENCJA. Następny poligon, gdzie przydaje się coach. Jeśli już nie chcemy zatrudniać zawodowca, to zbliżoną skuteczność może nam zapewnić jedynie teściowa. W każdym razie musi być to ktoś, kto bez sentymentów będzie nas systematycznie odpytywał z realizacji zadania i… nie będzie odpuszczał. Jeśli naszym planem jest wykonanie 3 telefonów dziennie, to mają być 3 telefony dziennie (do kogo, kiedy, skutek) itd. Oczywiście te telefony to najprostszy przykład, ale – choć trudno w to uwierzyć – dla wielu bodaj najtrudniejszy do przejścia. Wielu mamy artystów, którzy świetnie zagraliby Hamleta, ale tego nie robią, bo nie mają sceny i nigdy nie wpadli na to, że czasami trzeba ją sobie samemu zbudować. Będzie scena, jest talent, robisz show, a widownia się zleci.
CZAS – jak długo czekać na efekt? Zdarza się, że pod czyimś okiem zbytnio zwlekamy z korektą planu. Owszem tak może być. W pojedynkę mamy niemal gwarancję, że za szybko zrezygnujemy. Tak zwana Dolina Śmierci, ta najciemniejsza chwila w drodze do celu jest decydująca. Jednostką naszego czasu w drodze do celu nie są minuty i sekundy, a raczej porażki i sukcesy. Na koniec oczywiście tych drugich powinno być więcej, a to będzie znaczyło, że wciąż mamy dobry kierunek.
SUKCES – tak naprawdę nie może być czymś, na czym chcielibyśmy się oprzeć i wreszcie odpocząć. To przypominałoby ścianę. Wówczas musielibyśmy dojść do wniosku, że nasza droga skończona. Wiele osób tak to definiuje. Prawdziwi zwycięzcy traktują jednak sukces jako drzwi… do kolejnego celu, równie trudnego do zdobycia.
Czy warto więc wyznaczać sobie cele, skoro i tak nie ma w tym stałości? To pytanie z cyklu: czy warto jeść, skoro nigdy nie osiągniemy ostatecznego stanu sytości?
Nie tylko warto, ale i trzeba. To jest nasz obowiązek. Wiele celów w życiu już ominęliśmy, wielu nie zauważyliśmy, choć były w naszym zasięgu. Nie warto dalej iść na oślep. Lepiej zatrzymać się na chwilę, zobaczyć jak wieloma talentami, doświadczeniami, mocnymi cechami dysponujemy i wówczas zobaczymy, że świat wokół jest bardziej przystępny, bardziej przyjazny, bardziej nasz. Będziemy go chętniej odkrywać, współtworzyć, a co za tym idzie będziemy mieli więcej satysfakcji z życia. Może i ktoś będzie wolał nazwać to szczęściem?

